niedziela, 8 września 2013

Mirror, Mirror, On The Wall...


Witam wszystkich. Szmat czasu odkąd tu nie zaglądałam tak na porządnie, prawda? Ale powiem Wam, że po egzaminach wzięłam się za siebie, wyreżyserowałam przedstawienie i uporządkowałam moje życie artystyczne (chyba autystyczne, da bum tss). Uporządkowałam życie tak w ogóle, więc dziś trochę o tym.
Na pewno nie raz, nie dwa przechodzi się w życiu kryzysy. Jedne chwilowe, z którymi raz-dwa można się uporać, inne są natomiast dosyć długie. Miewamy problemy w szkole. Z nauczycielami, z klasą. A przy przechodzeniu z jednego etapu edukacji to już w ogóle. Wszystko jest takie nowe i nieznane. Sceptycy powiedzą "Mam ich gdzieś, nie mam ochoty nikogo poznawać, jest ch*jowo". Ach, to nastawienie. Inni wzruszą ramionami i zaczną sami, powoli odkrywać swój nowy świat, a jeszcze inni z szerokim uśmiechem rzucą się w wir zawierania nowych znajomości. Ogólnie ilu ludzi, tyle sposobów na radzenie sobie w nowej sytuacji. Ale czasem kogoś to przerasta, nieprawdaż? Każdy może tęsknić i chcieć cofnąć się do czasów, gdy, według niego, było lepiej.
Taka tęsknota właściwie nigdy się nie kończy. Na zawsze pozostaje w środku jakaś zadra, częściowo zagojona rana która czasem na nowo się otwiera. Z silnych uczuć człowiek nie umie się do końca wyleczyć. Tęsknota, nienawiść, miłość. Te są najmocniejsze i najtrudniejsze ze wszystkich, bo silnie i trwale na nas wpływają. Nie da się przestać tęsknić ot tak, za pstryknięciem palcami. Można częściowo uśmierzyć ból i nauczyć się żyć z tęsknotą, uczynić ją częścią siebie, ukrytą przed innymi. Czasem nawet na chwilę o niej zapomnieć, ale ona nadal tam jest. Tak samo nienawiść. Na zawsze ktoś, kogo nienawidziliśmy, pozostanie dla nas widziany w gorszym świetle, mimo najszczerszej chęci naprawy z kimś stosunków będzie się pojawiało takie "Pamiętasz, że..?". Można wyrobić się w odpędzaniu tego od siebie, tak samo jak człowiek po dwóch, trzech dniach biwaku nad jeziorem czy w lesie staje się zawodowym mordercą komarów i innego latającego gówna. A niechcianą miłość można opanować. Przypomina to trochę zabijanie samego siebie i swojej osobowości, ale jest to do zrobienia. Jednak nigdy nie pozbędziesz się miłości, o nie. Jest jak blizna, która zmienia Twoje patrzenie na tę osobę. Rób co chcesz, ale zawsze będziesz czuć się z nią związany, nie miłością, ale czymś innym, także pięknym - najzwyklejszym rodzajem międzyludzkiego kontaktu, trochę ubarwionego lepszym poznaniem tej osoby. Teraz ludzie tak mało ze sobą mówią, tak rzadko się otwierają, tak niechętnie się dzielą i do tak niewielu rzeczy się przyznają.
Wszystko to da się zrobić, ale najważniejszy jest moment przełomowy, trzeba go zauważyć i wykorzystać chwilę. Trzeba stwarzać okazje, by mógł nastąpić. Trzeba wziąć się za za siebie! A nie tylko siedzieć w miejscu i narzekać ( można narzekać, ale nie TYLKO narzekać i nic więcej nie robić, wsparcie bliskich Wam osób jest niesamowicie ważne, więc nie bójcie napisać im jak Wam jest źle, ale też coś z tym zróbcie, do cholery!). Najpierw należy spróbować ogarnąć to wszystko bez większych emocji, na spokojnie. Trzeba usiąść samemu, nie myśleć o niczym innym i przestudiować swoją sytuację. Pomyśleć o tym, co się stało, nie roztrząsajcie kwestii "dlaczego?" i "co by było gdyby?", bo to jest bez sensu. Stało się i już, czasu nie cofniecie, choćbyście nie wiem jak bardzo chcieli.
Jak już się z tym uporacie to zastanówcie się, co jest teraz.
Nic?
Wszystko straciło sens?
To świetnie, bo żeby zacząć poprawiać wszystko na lepsze trzeba przed samym sobą przyznać się, że jest się w kropce. I gdy już do tego dojdziecie, znajdźcie sobie jakiś cel do osiągnięcia. Ale taki mały cel, jak przejść z jednego końca plaży na drugi, pojechać pierwszym lepszym autobusem.
Zacznijcie szukać czegoś, do czego będziecie dążyć, skupcie się na tych czynnościach całkowicie. Powoli rany będą się goiły, a świat znów Was przyjmie. Nie, nigdy nie będzie tak samo, jak było. Ale znów będziecie umieli w miarę normalnie funkcjonować, znajdziecie (tak jakby) swoje miejsce. Najważniejsze jest, by znaleźć sobie cel.
A umrzeć to jak uciec, poddać się. A to robią tchórze. Trzeba podnieść głowę i stawić czoła temu wszystkiemu, co chce Was załamać, zniszczyć, wdeptać w ziemię i na koniec opluć. Znajdźcie w sobie siłę, bo warto.
Chcecie przykładu?
W moim przypadku podziałało. Tylko trzeba od nowa nauczyć się oddychać, patrzeć, chodzić... a do tego trzeba mieć chęć. I cel. I czas. Dużo czasu.






środa, 14 sierpnia 2013

Until It Sleeps...


Wszechświat nadal istnieje.
Świat nadal się kręci.
Słońce w dalszym ciągu wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie.
Moje serce nadal bije. Tylko tak jakoś inaczej. Już nie wyskakuje mi z piersi, tylko obija się o żebra, tak jakby było zawieszone wśród pustej klatki, którą stało się moje ciało. Oczy niby nadal te same, ale jednak jakiś cień się w nie wkradł, zamieniając je w dwie studnie bez dna. To nadal jestem ja, ale zupełnie się tak nie czuję.
Miłość.
Dawno wyśniony sen, tak nierealny. Ale jednak prawdziwy. Bo jeżeli czegoś nie ma to nie można przecież za tym tęsknić, prawda?







poniedziałek, 8 kwietnia 2013

The Whole World's Watching


Witam w kolejnej części moich wywodów. Egzaminy coraz bliżej, w moim życiu zamętu coraz więcej.  Może i bym sobie z nim poradziła, kto wie, gdyby nie osoby trzecie.
Na prawdę, nie zauważyliście, że często osoby trzecie bardziej się przejmują tym, co dzieje się w Twoim życiu niż Ty? Weźmy na przykład przykład z życia wzięty: Facebook. Właściwie wszyscy ludzie, których znam (oprócz moich rodziców) maja konto na twarzoksiegu. Pomińmy fakt o tym, że FBI ma niby wykorzystywać Facebooka jako bazę danych. Pomyślcie o tym, ile informacji dziennie przepływa przez tą stronę. Ale na prawdę, zastanówcie się.
Można zajrzeć w czyjeś życie spory kawał czasu wstecz. Zdjęcia, posty, status w związku, co lubi, czego nie... Facebook to kopalnia złota, ale ma też swoją ciemna stronę. Mój nauczyciel ostatnimi czasy zwrócił na to uwagę. "Pamiętajcie, żeby ustawić na waszych facebookowych tablicach, że treści są widoczne tylko dla znajomych". To było tak odnośnie obgadywania nauczycieli na fb, ale to inna historia.
Zastanawiacie się, kogo przyjmujecie do znajomych? Ja ostatnio przyłapałam się na tym, że sporo z tych ludzi właściwie nie znam, widziałam ich raz czy dwa w życiu i oprócz tego co udostępniają na fejsie nie wiem o nich nic. Czy to nie jest bez sensu? Dla mnie trochę tak.
Ktoś zmieni status w związku i od razu wielkie poruszenie - pytanie co, jak, dlaczego? Nie jest to denerwujące? A owszem, jest.
Wydaje mi się, że nasze życie jest tak okupywane przez nadmiar bezsensownych informacji, że samy się w tym gubimy. Co z tego, że Kaśka z 3D ma nowe buty? O ile nie jesteś chorobliwym fanem/fanką obuwia, co Cię to obchodzi? To tylko zaśmieca nasz mózg i odwraca uwagę od rzeczy ważniejszych.
Ludzie maja coraz większy problem z internetem, komputerem. Lubimy śmiać się z ludzi, którzy cały dzień nic nie robią, tylko grają w LOL'a czy inne gry. I tak samo nocą. Takie to śmieszne, życie im przecieka przez klawiatury... Ale dla mnie to jest smutne. Jest w Sopocie taka część miasta zwana Srebrzyskiem. Na Srebrzysku są dwa główne punkty: cmentarz i szpital psychiatryczny. Trafia tam też młodzież uzależniona od komputera, telewizji... To jest bardzo smutny widok. Ludzie, którzy pogubili się w życiu przełączyli się na tryb "online" i przez to warstwa syfu w ich życiu się powiększyła tak bardzo, że nie potrafią odróżnić życia w rzeczywistości od życia w sieci.
Kiedy zauważamy, że tracimy kontrolę nad tym, co się dzieje w sieci? Kiedy jest już za późno.
Godzina, dwie, trzy, dwanaście... kto by liczył?
Bezsensowne są reklamy, typu: "Ile czasu spędzam w sieci? Nie wiem, nie liczę. Tam jest lepsze życie, ludzie mnie lubią..." - jesteście tego pewni, twórcy reklam? W ten sposób zakorzeniacie w ludzkim mózgu bezsensowną potrzebę, która po pewnym czasie staje się uzależnieniem.
To jest bardzo smutne, uwiercie mi.
A wyjście z tego samemu i bez szwanku jest niemalże niemożliwe.
To jak tam, loguje się ktoś na Facebooka?

I posłuchajcie tego... Wsłuchajcie się w słowa. Jeżeli wydaje się Wam, że też nad czymś zaczynacie tracić kontrolę, posłuchajcie. I wiedzcie, że nie jesteście sami.




wtorek, 12 marca 2013

Live. Fall. Reborn. Rise.




Mniej więcej tak widzę moje życie przez ostatnie 3 lata... i na następne 3.
Żyłam.
Upadłam.
Odradzam się.
I powstanę.

Okropne jest, że w pewnym momencie w życiu tworzy się taka pętla, wszystko się miesza i nie wiesz, jak z tego wyjść. I wszystko wydaje się być na początku dobre, ale później zauważasz rysy i wady i znów Twoje kolorowe szkła w okularach pękają i musisz się zmierzyć z szarością tego świata.
I tak w kółko.
Nie jest to trochę nużące? Otóż z mojego punktu widzenia jest. I zamierzam przerwać tą rutynę.
Wychodzę na ulicę i widzę tych wszystkich ludzi, tak zajętych swoimi ważnymi sprawami. I to jest ok, nie mam tu żadnych wątów, że ludzie zajmują się swoim życiem. Przecież jakoś trzeba przetrwać na tym świecie. Ale jestem niesamowicie wkurzona, gdy widzę, że oprócz tych swoich ważnych spraw nie mają nic innego. Zamiast życiem zajmują się... egzystowaniem z dnia na dzień. Jestem wtedy zła na cały ustrój tego świata i jednocześnie niesamowicie smutna. Żal mi tych ludzików, którzy często nawet nie wiedzą, jak mogliby być szczęśliwi, a wydaje im się, że właśnie osiągnęli nirvanę, bo przelew doszedł na czas. Hurrra.
Czytaliście kiedyś Nienasycenie Witkiewicza lub Zniewolony umysł Miłosza? Drugi tytuł zwłaszcza polecam. W pierwszsym rozdziale zatytułowanym Murti-Bing możemy przeczytać wywody pana Miłosza na temat Nienasycenia. Jest to niezwykle ciekawa lektura, na prawdę. Jak następnym razem będziecie przechodzić obok biblioteki to zajrzyjcie i wypożyczcie, nie zawiedziecie się, jeżeli lubicie refleksje na temat życia.
Ale wracając do meritum: Miłosz w swoim dziele przybliża nam, w dość ciekawej formie, światopogląd komunistyczny. Proszę się nie jeżyć, bo to jest o tyle ważne, że w książce tej znajdujemy niezliczoną liczbę tak mądrych myśli, że aż dziw bierze, że jeden człowiek to wymyślił. I dobrze, bo o tych rzeczach trzeba mówić, zwłaszcza nam, młodym. Bo żeby odnaleźć własną drogę trzeba najpierw poznać swoją historię, ale to jest temat na zupełnie inną notatkę.
Najważniejsze jest to, że Miłosz stawia nam dużo pytań i wiele tez wymagających przemyślenia.
Na dziś zostawię Was z tym fragmentem, bardzo króciutkim:

"Bohaterowie Witkiewicza są nieszczęśliwi, gdyż brak im jakiejkolwiek wiary i poczucia sensu ich działalności.Ta atmosfera bezwładu i bezsensu rozpościera się nad całym krajem. Wtedy to pojawia się w miastach duża ilość przekupniów sprzedających w sekrecie pigułki Murti-Binga. Murti-Bing był to mongolski filozof, któremu udało się wyprodukować środek przenoszący "światopogląd" drogą organiczną. Ów "światopogląd" Murti-Binga [...] był zawarty w pigułkach w formie niejako skondensowanej. Człowiek, który zażył pigułki Murti-Binga, zmieniał się zupełnie, zyskiwał pogodę i szczęście. Zagadnienia, z którymi do tej pory się borykał, nagle przedstawiały mu się jako pozorne i niegodne troski. [...] Coraz więcej ludzi przechodziło tę kurację pigułkami Murti-Binga, a ich spokój w ten sposób zdobyty pozostawał w jaskrawym kontraście z nerwowością otoczenia."

Nie uważacie, że media i politycy też poddają nas takiej kuracji pigułkami Murti-Binga? Nawet nie zauważamy, gdy siedząc i przyswajając papkę internetową i telewizyjną tracimy z oczu wartości, które powinny być dla nas najważniejsze. A jakie to są wartości, niech najlepiej każdy z Was ustali to indywidualnie.