Witam wszystkich. Szmat czasu odkąd tu nie zaglądałam tak na porządnie, prawda? Ale powiem Wam, że po egzaminach wzięłam się za siebie, wyreżyserowałam przedstawienie i uporządkowałam moje życie artystyczne (chyba autystyczne, da bum tss). Uporządkowałam życie tak w ogóle, więc dziś trochę o tym.
Na pewno nie raz, nie dwa przechodzi się w życiu kryzysy. Jedne chwilowe, z którymi raz-dwa można się uporać, inne są natomiast dosyć długie. Miewamy problemy w szkole. Z nauczycielami, z klasą. A przy przechodzeniu z jednego etapu edukacji to już w ogóle. Wszystko jest takie nowe i nieznane. Sceptycy powiedzą "Mam ich gdzieś, nie mam ochoty nikogo poznawać, jest ch*jowo". Ach, to nastawienie. Inni wzruszą ramionami i zaczną sami, powoli odkrywać swój nowy świat, a jeszcze inni z szerokim uśmiechem rzucą się w wir zawierania nowych znajomości. Ogólnie ilu ludzi, tyle sposobów na radzenie sobie w nowej sytuacji. Ale czasem kogoś to przerasta, nieprawdaż? Każdy może tęsknić i chcieć cofnąć się do czasów, gdy, według niego, było lepiej.
Taka tęsknota właściwie nigdy się nie kończy. Na zawsze pozostaje w środku jakaś zadra, częściowo zagojona rana która czasem na nowo się otwiera. Z silnych uczuć człowiek nie umie się do końca wyleczyć. Tęsknota, nienawiść, miłość. Te są najmocniejsze i najtrudniejsze ze wszystkich, bo silnie i trwale na nas wpływają. Nie da się przestać tęsknić ot tak, za pstryknięciem palcami. Można częściowo uśmierzyć ból i nauczyć się żyć z tęsknotą, uczynić ją częścią siebie, ukrytą przed innymi. Czasem nawet na chwilę o niej zapomnieć, ale ona nadal tam jest. Tak samo nienawiść. Na zawsze ktoś, kogo nienawidziliśmy, pozostanie dla nas widziany w gorszym świetle, mimo najszczerszej chęci naprawy z kimś stosunków będzie się pojawiało takie "Pamiętasz, że..?". Można wyrobić się w odpędzaniu tego od siebie, tak samo jak człowiek po dwóch, trzech dniach biwaku nad jeziorem czy w lesie staje się zawodowym mordercą komarów i innego latającego gówna. A niechcianą miłość można opanować. Przypomina to trochę zabijanie samego siebie i swojej osobowości, ale jest to do zrobienia. Jednak nigdy nie pozbędziesz się miłości, o nie. Jest jak blizna, która zmienia Twoje patrzenie na tę osobę. Rób co chcesz, ale zawsze będziesz czuć się z nią związany, nie miłością, ale czymś innym, także pięknym - najzwyklejszym rodzajem międzyludzkiego kontaktu, trochę ubarwionego lepszym poznaniem tej osoby. Teraz ludzie tak mało ze sobą mówią, tak rzadko się otwierają, tak niechętnie się dzielą i do tak niewielu rzeczy się przyznają.
Wszystko to da się zrobić, ale najważniejszy jest moment przełomowy, trzeba go zauważyć i wykorzystać chwilę. Trzeba stwarzać okazje, by mógł nastąpić. Trzeba wziąć się za za siebie! A nie tylko siedzieć w miejscu i narzekać ( można narzekać, ale nie TYLKO narzekać i nic więcej nie robić, wsparcie bliskich Wam osób jest niesamowicie ważne, więc nie bójcie napisać im jak Wam jest źle, ale też coś z tym zróbcie, do cholery!). Najpierw należy spróbować ogarnąć to wszystko bez większych emocji, na spokojnie. Trzeba usiąść samemu, nie myśleć o niczym innym i przestudiować swoją sytuację. Pomyśleć o tym, co się stało, nie roztrząsajcie kwestii "dlaczego?" i "co by było gdyby?", bo to jest bez sensu. Stało się i już, czasu nie cofniecie, choćbyście nie wiem jak bardzo chcieli.
Jak już się z tym uporacie to zastanówcie się, co jest teraz.
Nic?
Wszystko straciło sens?
To świetnie, bo żeby zacząć poprawiać wszystko na lepsze trzeba przed samym sobą przyznać się, że jest się w kropce. I gdy już do tego dojdziecie, znajdźcie sobie jakiś cel do osiągnięcia. Ale taki mały cel, jak przejść z jednego końca plaży na drugi, pojechać pierwszym lepszym autobusem.
Zacznijcie szukać czegoś, do czego będziecie dążyć, skupcie się na tych czynnościach całkowicie. Powoli rany będą się goiły, a świat znów Was przyjmie. Nie, nigdy nie będzie tak samo, jak było. Ale znów będziecie umieli w miarę normalnie funkcjonować, znajdziecie (tak jakby) swoje miejsce. Najważniejsze jest, by znaleźć sobie cel.
A umrzeć to jak uciec, poddać się. A to robią tchórze. Trzeba podnieść głowę i stawić czoła temu wszystkiemu, co chce Was załamać, zniszczyć, wdeptać w ziemię i na koniec opluć. Znajdźcie w sobie siłę, bo warto.
Chcecie przykładu?
W moim przypadku podziałało. Tylko trzeba od nowa nauczyć się oddychać, patrzeć, chodzić... a do tego trzeba mieć chęć. I cel. I czas. Dużo czasu.